Wczoraj byłam pierwszy raz na podwójnej randce! Razem z Łukaszem, Kingą i Kubą pojechaliśmy do kina na Papierowe Miasta dobre dwa tygodnie po premierze, ale lepiej późno niż wcale. Przed obejrzeniem filmu przeczytałam książkę, więc mniej więcej wiedziałam, co się wydarzy, ale i tak trzeba poświęcić osobne 2 zdania na film i osobne 2 zdania na książkę.
Jeśli chodzi o książkę, to John Green mnie nie zawiódł. Już po przeczytaniu pierwszego rozdziału poczułam jak fabuła mnie wciąga jak wir morski. Przez 3 dni spędzałam kilka godzin na czytaniu - nie jadłam, nie piłam, bo nie mogłam się od niej oderwać - może trochę przesadziłam. Jednak koniec książki mnie rozczarował. Jestem zwolenniczką szczęśliwych zakończeń i szczerze poczułam empatię do Q. Prawdziwy sens tej książki dostrzegłam dopiero po kilku dniach - głównym wątkiem wcale nie było poszukiwanie Margo i wyścig z czasem by ją odnaleźć - chociaż o tym jest większość książki, a najważniejsze w tej książce było dla mnie to, że tak naprawdę nie znamy osób, które wydaje nam się, że znamy. O tym mówi Margo, o tym mówi Radar... i w sumie mają sporo racji...
Co do filmu, to jakoś nie zrobił na mnie wrażenia, chociaż przyznaję, do dobór scenografii, sposób kręcenia filmu i muzyka były świetnie dobrane. Ale w filmie obowiązuję inna koncepcja czasowa, wiele scen - dla mnie tych najfajniejszych chociażby wtargnięcie do Sea Word - zostało wyciętych, ale na to nie powinnam narzekać, bo gdyby film miał kropka w kropkę oddawać film, to pewnie seans trwałby 3 dni! Najbardziej boli mnie jednak pomieszanie scen z początku i z końca książki. Przez co moje prawdziwe wyobrażenie o tej książce legło w gruzach i musiałam na nowo sobie wszystko poukładać.
Więc jeśli chodzi o mnie to raczej polecałabym Wam książkę. Przedstawia prawdziwą wizję świata w Papierowych Miastach a nie tylko jej fragment, który chciał wyeksponować reżyser. Co prawda przeczytanie jej na pewno zajmie więcej niż to 110 minut, ale uwierzcie mi - warto! :)